Czasem najzwyczajniej w świecie trzeba zagryźć zęby i przeboleć pewne kwestie, by sięgnąć po upragnione. Tak było z zaplanowaną przez nas podróżą na
La Gomerę oddaloną o około 40 kilometrów od południowo-zachodniego wybrzeża Teneryfy. Wyspę większą od El Hierro, ale
najmniejszą ze wszystkich głównych Wysp Kanaryjskich.
Można sobie pomyśleć – czymże jest 40 kilometrów drogi? W sumie to niczym, do momentu, gdy nie uświadomimy sobie, że czeka nas podróż promem na całkiem odrębną wyspę, wtedy wszystko przewraca się do góry nogami. Nagle okazuje się, że nie jest już to koszt kilkudziesięciu euro, a sięga on ponad stu euro za osobę, samochód przetransportowany promem na inną wyspę traci ubezpieczenie (w tamtych stronach nie trudno o kolizję), a dodatkowo czeka Cię mnóstwo dodatkowych kosztów, które i tak nie zagwarantują Ci stuprocentowego wstępu w pewne miejsca, do których tylko wyznaczeni przewodnicy mają dostęp.
W takim razie – jak to ugryźć? W sumie to najlepszym sposobem okazało się zabranie z wycieczką zorganizowaną. Pobudka o piątej rano, które z ranem nie ma zbyt wiele wspólnego, zważywszy na fakt, że słońce na Teneryfie wstaje dopiero o godzinie ósmej rano. Później szybki sprint samochodem w okolice
Costa Adeje, gdzie z parkingu udajemy się pieszo pod hotelowy przystanek, mijając po drodze mieszkańców pijących kawę przed poranną zmianą, oraz turystów, którzy po zakrapianych imprezach na wybrzeżu wracają do swoich (lub nie swoich) pokoi hotelowych. Autobus, który o 8.30 powinien być na miejscu, przyjeżdża spóźniony w tempie wiecznej sjesty, kierowca sprawdza bilety, skąd wiezie nas do
portu w Los Cristianos, gdzie poznajemy naszego przewodnika
Jose Angel, którego imię po dziś powoduje u nas traumatyczne przeżycia (
klik, klik). Śmiem twierdzić, że było to chyba gorsze, niż
średnia wieku 70-80+ towarzyszy naszej podróży na
Gomerę. Po całym „magicznym” obrządku (odprawa, wytyczne itp.) w końcu możemy rozkoszować się widokiem
Oceanu Atlantyckiego z pokładu
Freda Olsena.
Mniej więcej po godzinie pora na szybki sort turystów na tych bardziej niemieckich i mniej niemieckich. Do dziś zastanawiam się, jaki był tego sens, skoro – w naszym autokarze składającym się głównie z Anglików, Hiszpanów, a także wyjątków takich jak para z Islandii, oraz jedynych Polaków (tzn. nas) – Jose Angel mieszał wszystkie możliwe języki z niemieckim na czele. Obydwoje szczerze przyznajemy się do tego, że wycieczki zorganizowane są koszmarne, dlatego staramy się w takich nie uczestniczyć, lecz tym razem była to jedyna sensowna opcja. Tak właściwie to poza forsowaniem emerytów, żeby spędzili więcej czasu na zewnątrz i tak szybko nie wracali do autokaru, poza szalonym przewodnikiem, który zachowywał się jak po paru mocnych espresso i kilku ścieżkach mefedronu, to w sumie było fajnie. Praktycznie cały dzień był nasz, wszystkie miejsca, które mieliśmy zaznaczone udało nam się zwiedzić, a przy okazji poznać ich historię. Prawie za każdym razem udało się przynajmniej na chwilę oderwać od grupy i dojść do miejsca, w którym głos Jose Angela stawał się coraz mniej słyszalny.
A co z samą
Gomerą? To w dalszym ciągu
dzika,
zielona,
najmniej znana, a przede wszystkim
magiczna wyspa!
Gomera potrafi niesamowicie zaskoczyć. To miejsce, gdzie z jednego krajobrazu po chwili przeskakujemy w drugi, całkowicie
odmienny od wszystkich dotychczas widzianych. To miejsce, w którym
roślinność otula, a
prehistoryczne lasy, rzadkie gatunki zwierząt, strome falezy i spokojne plaże stanowią najważniejsze atrybuty wyspy. Zdecydowanie jest to miejsce stworzone dla osób, które kochają ciszę i spokój, a stronią od szalonych imprez na wybrzeżach i w zorganizowanych kurortach. Nie sposób nie zauroczyć się w malowniczych punktach widokowych, plantacjach owoców, a przede wszystkim w takich miejscach, jak wąwóz Barranco de la Villa, Park Narodowy i góra Garajonay, czy chociażby w samym centrum San Sebastian.
PS. W cukierni znajdującej się na terenie Parku Narodowego Garajonay koniecznie musicie kupić „ciastki”!
Poprzednie miejsca na Teneryfie:
Exif: Fujifilm X100T