Ciągły bieg, niekończąca się ilość spraw na głowie i kalendarz, który stanowi nieodłączny element mojego dnia, zarówno gdy wstaję, jak i wtedy, gdy kładę się spać. Pech chce, że w moim kalendarzu dominują głównie wpisy w dwóch kategoriach – „spotkania z klientami”, „zdjęcia”. Wpisy w kategoriach, takich jak chociażby „spotkanie ze znajomymi” z reguły powstają już po nich, bo ilekroć próbowałbym zaplanować, że spotkam się z kimś w danym dniu i o danej porze, to wiem, że w ponad połowie przypadków się to nie uda. I o ile w pełni rozumiem, że nie potrafię się z kimś spotkać w ustalonym terminie, mimo że mieszka kilka kilometrów ode mnie – „przecież jak się teraz nie zobaczymy, to przy okazji nadrobimy, w końcu to rzut beretem” – tak do dziś nie rozumiem, jakim cudem udało nam się spotkać z grupą znajomych, będąc prawie 4 000 kilometrów od domu.
Cała sytuacja zaczęła się dość banalnie. Właściwie to zaczęła się od zrobionego zdjęcia z okna samolotu i jego obróbki do sieci w ramach „zabicia” czasu podczas trwającego lotu. Po ponad pięciu godzinach podróży nastąpiło wyczekiwane lądowanie na wyspie, a co było dalej? Oczywiście głupi nawyk sprawdzenia Facebook'a przy każdej możliwej okazji oraz wrzucenie zdjęcia znad Oceanu Atlantyckiego, gdzie widać było zarys wyspy. Oczywiście obok zdjęcia pojawiła się krótka opisówka (w końcu cierpię na słowotok), a także standardowy tekst wakacyjny, że „jesteśmy niedostępni przez najbliższe dwa tygodnie”. Po tym wszystkim nastąpiła próba urlopowego odłączenia się od sieci, która jak zawsze była nie do końca udana. I w sumie, gdyby nie ten fakt, to zapewne przegapiłbym komentarz Mateusza z pytaniem – co to za wyspa? Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że akurat Mateusz ze znajomymi również przylatują na „wyspę o wielu obliczach” i tak się fajnie składa, że zdążymy się jeszcze zgrać czasowo. Oczywiście nie było to wszystko takie proste, jak pierwotnie myśleliśmy, bo każde z nas przyleciało tutaj by podążać własną ścieżką, którą planowało o wiele wcześniej przed zasłużonym wypoczynkiem. Jednakże pomimo różnych planów, różnych dat, okazało się, że każde z nas zaznaczyło kilka tych samych punktów na mapie, między innymi „Piekielny wąwóz”. Tak zaczęła się nasza podróż po jego ścieżkach.
Piekielny wąwóz to szlak o jeszcze bardziej wdzięcznie brzmiącej nazwie, gdy próbujemy ją wymówić po hiszpańsku –
Barranco del Infierno.
Pomimo krótkiej odległości (Około 6,5 km trasa łączna) i zastosowanych
zabezpieczeń (znaki informacyjne, taśmy ostrzegawcze)
pochłonął na
wieczność
kilku turystów, a kilku pomógł
przenieść swoje wymarzone
wakacje na salę szpitalną. Niekoniecznie wymarzoną. Może wypadki te
wynikły z ludzkiej natury, a może wąwóz miał gorszy dzień, w końcu
miejscowe legendy mówią, że są to
„usta wulkanu El Teide”. Zresztą
Barranco del Infierno
jest
najgłębszą przepaścią na Wyspach Kanaryjskich. Całość wąwozu wraz
ze skałami oraz sąsiednimi wąwozami jest obszarem ściśle chronionym
tworzącym
rezerwat przyrody. W związku z tym pomimo ogromnego
zainteresowania osób, które chciałyby zwiedzić szlak, wstęp wyznaczony
jest maksymalnie dla
300 osób dziennie, po ówczesnym zarezerwowaniu i
wykupieniu biletów przez
stronę internetową.
Sama przygoda ze szlakiem rozpoczyna się od wypełnienia kilku druków i
oświadczeń, mówiących o tym, że wchodzimy do wąwozu na własne ryzyko i w
razie wypadku, tego martwego, jak i mniej martwego nikt nie będzie
domagał się żadnych roszczeń. Kolejny krok stanowi obowiązkowy pobór
kasku, krótkie szkolenie z oznaczeń i punktów, w których nie należy się
zatrzymywać. Po tym wszystkim możemy wyruszyć w końcu w drogę!
Sam początek szlaku nie zdradza tego, co czeka nas później – ot tak
fajna dzika droga z widoczkami. Na pierwszym odcinku ścieżka prowadzi
nas przez suche, kamieniste zbocze, pokryte sukulentami, jednakże po
pewnym czasie ową ścieżkę przecina wąski kanał, który doprowadza wodę do
miasteczka. Chwilę później szlak zaczyna schodzić do dna doliny.
Otulająca nas dookoła roślinność powoli ulega zmianie. Zaczynają
pojawiać się trzciny, krzewy, a nawet drzewa. Suchą ścieżkę, którą
podążamy, od czasu do czasu przecina strumień spokojnie płynącej wody.
Gdzieś w połowie drogi całość zaczyna robić piorunujące wrażenie, gdy
wąwóz stopniowo zaczyna się zwężać, jego pionowe ściany stają się
coraz wyższe i zaczynają sięgać prawie 400 metrów wysokości, a ilość
światła powoli zaczyna się zmniejszać. Nie trudno domyślić się, że to
zapewne tutaj mogły zdarzać się wypadki i zranienia turystów spowodowane
przez spadające kamienie, co doprowadziło do zamknięcia szlaku
(2009,2015). Po kilkugodzinnym spacerze za skalnym załomem czeka nas meta w formie wypełnionego turkusową wodą stawu oraz 200-metrowego wodospadu, który robi niesamowite wrażenie. W końcu można spokojnie usiąść i rozkoszować się szumem wody, zanim tą samą drogą powrócimy do Adeje.
PS. Agnieszka, Asia, Filip, Mateusz dziękujemy za przemiłe spotkanie i świetny trip. Fajnie było Was spotkać tyle kilometrów od domu. Wiem, że co prawda znowu mi się to nie udaje, ale postaramy się ponownie spotkać. Obiecuję! :-)
Poprzednie miejsca na Teneryfie:
Exif: Fujifilm X100T